Explore Sweden – pierwsza doba, pierwsze ofiary

W piątek z centrum zatłoczonego Sundsvall wyruszyła parada 22 zespołów z 11 krajów, prowadzona przez orkiestrę i rozbawione dzieci niosące flagi narodowe wszystkich zawodników. Po krótkiej ceremonii otwarcia, potężny licznik kilometrów Explore Sweden Monster zaczął bić.

Explore Sweden 2009, logo

Pierwsze 4 km to sprint na drugą stronę rzeki, podjazd na rolkach na szczyt wzniesienia i zbieg w normalnych butach stromym klifem miejskiego parku, w którym dobrze ukryty punkt kontrolny wisiał pod skałą. Sam organizator rajdu szukał go wraz z dziennikarzami dobre kilka minut. Po rozgrzewce zespoły wybierały kolejność następnych trzech etapów: spacer po dachu zabytkowego budynku, 150 metrów pływania w porcie i 14 km orientering w mieście. Speleo Salomon Gore-Tex po małej wpadce z nie podbiciem punktu na dachu, opuściło Sundsvall w pierwszej dwunastce. Miejscowi mocarze z Lundhags wysunęli się na 4-minutowe prowadzenie.

Pierwszy „normalny" etap prowadził na wschód, po szutrach i asfaltach rowerowe tramwaje pędziły przez 120 kilometrów na przemian w górę i w dół. Po podbiciu punktu numer 3 na szczycie 300-metrowej góry, nie wolno było z niej zjechać normalną drogą, ale prowadząc rowery przez las na skróty, bez ścieżki. Niby nic strasznego, ale marsz w SPD-ach po omszałych skałach nigdy nie należy do szybkich. Cały etap nawet najwolniejszym zespołom nie zajął 7 godzin.

Explore Sweden 2009, pierwszy i drugi dzień(fot. Monika Strojny)

Na strefę zmian szwedzki Lundhags wpadł z kilkunastoma minutami przewagi nad goniącymi ich Duńczykami i FJS. Włożenie rolek zajęło dwie minuty i już pędzili w kierunku oddalonego o 16 km Midadventure – rzecznej plaży i wyspy, na których czekały; krótki kajak dla jednej osoby w zespole, bieg dookoła wyspy dla dwóch oraz park linowy dla czwartej. Potem zawodnicy spotykali się i już całym teamem zjeżdżali do wody i płynąc około 200 metrów kończyli etap. Pierwszy zespół miał dwie godziny przewagi nad dziesiątym.

Mimo że pogoda (oprócz krótkiego deszczu) była dobra a woda tak ciepła, jak powietrze (23 st.), Speleo Salomon trochę zmarzło, i gdy przed północą opuszczali swój suport (zespół wspomagający, przygotowujący jedzenie i sprzęt), mieli około 140 minut straty. Bez świateł (słońce zachodzi po 23, ale całą noc jest na tyle jasno, że na drogach nie potrzeba dodatkowego oświetlenia) zaczynali 256 km pedałowania: jeden długi przelot, bez żadnych punktów do podbijania…

Żadnej nawigacji, żadnego urozmaicenia, czysta siła i odporność na sen. Dwanaście godzin po asfalcie, 10 minut snu w rowie. Jechałam z suportem i minęliśmy polski zespół o 2 w nocy. Polacy śpiewali „A kiedy przyjdzie także po mnie…" – tekst, który przykleił się do nich jeszcze przed zawodami. Zegarmistrz światła pomógł im wyprzedzić trzy teamy, ale senny monster nie dał o sobie zapomnieć i śpiąc w rowie dali się wyprzedzić Rosjanom. W sobotę po 11 rano oba teamy skończyły w jednominutowym odstępie. Piotrek Dymus z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru podsumował noc: „ to jakby próbować zarżnąć się bagietką" …

Tylko dwa pierwsze zespoły (Lundhags i FJS) nie spały po rowerze, po 15 minutach w strefie zmian sprzętu pognały na trekking wysokogórski. Cała reszta spała (Speleo Salomon Gore-Tex 45 minut) lub długo marudziła u suportów. Czekał ich 60 km marsz, co najmniej 19-20 godzin z 12 kg plecakami (jedzenie na dobę, raki, czekan, 50 metrów liny, 4 karabinki, jumar, uprząż itp.).

Sobota od rana była słoneczna, ale nad Explore Sweden zebrały się chmury. Nad ranem organizator wypadł samochodem z drogi i wybuch poduszki uszkodził mu oko. Norweski zawodnik teamu Merrell doznał kontuzji ścięgna i po 24 h rajdu jego zespół zszedł z trasy. Pech nie ominął też Speleo – Piotrkowi Hercogowi wróciła podobna kontuzja ścięgna przy kolanie i w góry wychodził już na mocnych środkach przeciwbólowych. A na lodowej, zaporęczowanej ściance, którą mieli przechodzić zawodnicy, zrobiło się tak krucho, że po przejściu dwóch pierwszy zespołów punkt zamknięto i skrócono cały marsz o kilka trudnych kilometrów. Gdy Artur Kurek z kolegami i Iriną Safronową wychodził na trekking ta informacja nie była jeszcze znana, ale na pewno na górze wiadomość nie zepsuła im nastroju, który po śnie wyraźnie się poprawił.

W niedzielę nad ranem nasz zespół ukończył marsz przez góry i lodowiec jako czwarty, co znaczy, że moc jest z nimi! Na stronie www.exploresweden.se działa relacja na żywo, a w zakładce Multisport można śledzić zespoły dzięki 24 h pozycji GPS. Zapraszamy do kibicowania!

Monika Strojny

KOMENTARZE

WORDPRESS: 0