Od dwóch dekad konsekwentnie buduje pozycję jednego z najważniejszych dystrybutorów marek sportowych i outdoorowych w Europie Środkowo-Wschodniej. O początkach firmy, rozwijaniu międzynarodowych struktur, zmieniającym się rynku outdoorowym oraz planach na przyszłość rozmawiamy z Adamem Zychem, prezesem zarządu Raven Sport.

Raven Sport, źródło: prywatne archiwum firmy
Magdalena Bryś (4outdoor.pl): Raven Sport działa już od ponad 20 lat i przez ten czas zbudował imponujące portfolio marek outdoorowych i sportowych. Jak zaczęła się ta historia? Czy od początku wiedzieliście, że chcecie rozwijać firmę właśnie w tym kierunku?
Adam Zych (Raven Sport): Na początku skupialiśmy się wyłącznie na markach outdoorowych. Pierwszymi markami w naszym portfolio były Marmot oraz zapomniany już Vasque, który wyprzedził swoją epokę – już 20 lat temu robił świetne buty do trail runningu. Dziś działamy znacznie szerzej. Ostatnio dołączyła do nas między innymi Blackroll, marka obecna w świecie fitnessu, Hyroxa i treningu funkcjonalnego. Pomysł na firmę wyszedł od mojego byłego wspólnika Rafała Ziobry, który ponad 20 lat temu zaprosił mnie do tego projektu. Powiedział po prostu: „Jest taka fajna branża, spróbujmy”. Tak zaczęła się nasza przygoda. Pierwsza dostawa towaru, która jakieś 21 lat temu przyszła z USA, była magazynowana w salonach naszych mieszkań (śmiech).
Połowa była u niego, a połowa u mnie. Początkowo firma nazywała się Raven Outdoor, ponieważ koncentrowaliśmy się wyłącznie na outdoorze. Z czasem portfolio zaczęło się rozwijać, a przełomowym momentem było dołączenie marki HOKA, która jest dzisiaj globalną marką biegową. Wtedy zmieniliśmy nazwę na Raven Sport, otwierając się na szerszy rynek sportowy. Był okres, kiedy marki outdoorowe stanowiły mniejszą część naszego biznesu, jednak w ostatnich latach świadomie pracowaliśmy nad tym, aby przywrócić równowagę. Dziś outdoor ponownie jest jednym z najważniejszych filarów naszej działalności.
Reprezentujecie wiele rozpoznawalnych, globalnych brandów, takich jak wspomniana HOKA, a także COROS czy Cotopaxi. Ile marek liczy dziś Wasze portfolio?
Obecnie mamy w portfolio około 30 marek. To efekt świadomie budowanej strategii. Zależy nam na tym, aby reprezentować marki z różnych obszarów sportu i outdooru, ale jednocześnie takie, które się wzajemnie uzupełniają. Nie możemy mieć w ofercie bezpośrednio konkurujących ze sobą brandów, takich jak HOKA i np. Saucony czy COROS i Suunto, ponieważ producenci po prostu się na to nie zgadzają. Z perspektywy dystrybutora również byłoby to trudne do pogodzenia. Dlatego każda marka w naszym portfolio musi być w jakiś sposób wyjątkowa i wnosić coś innego. Staramy się patrzeć na rozwój firmy szeroko i budować ją w oparciu o dywersyfikację. Dzięki temu działamy w różnych segmentach rynku, ale całość pozostaje spójna. To różne grupy produktów, które często trafiają do tych samych klientów, dlatego taka strategia ma po prostu biznesowy sens.

Konferencja prasowa marki Marmot – Adam Zych, Jan Schapmann oraz Rafał Ziobro, ISPO Academy, 2017 rok (fot. 4outdoor)
Czym kierujecie się przy wyborze marek do swojego portfolio? Rynek outdoorowy w Polsce jest dość konkurencyjny i o możliwość dystrybucji wielu brandów rywalizuje kilku partnerów. Co sprawia, że decydujecie się właśnie na konkretną markę i jak wygląda proces pozyskania takiej współpracy?
Przy wyborze marek przede wszystkim zwracamy uwagę na siłę brandu i jego pozycję na rynku. Dobrym przykładem jest Teva, którą pozyskaliśmy kilkanaście lat temu. Już wtedy była światowym liderem w kategorii sandałów sportowych i do dziś utrzymuje tę pozycję. To marka z ogromną lojalnością klientów i produktami, które słyną z wyjątkowej trwałości. Taka rozpoznawalność daje solidne podstawy do budowania biznesu, bo nie trzeba od podstaw przekonywać rynku do marki.
Jednocześnie nie boimy się inwestować w brandy na wcześniejszym etapie rozwoju. Tak było z Marmotem. Gdy ponad 20 lat temu zaczynaliśmy z tą marką, w Polsce praktycznie nikt jej nie znał. Pamiętam, że kiedy dzwoniliśmy do sklepów, wiele osób myślało, że mówimy o szwajcarskim Mammucie. Z czasem Marmot stał się jednak jedną z najmocniejszych marek outdoorowych na naszym rynku. Podobną historię mają COROS i HOKA. Gdy rozpoczynaliśmy współpracę z COROS, marka miała zaledwie dwa lata i była właściwie startupem. Wyróżniała się jednak świetnym produktem, mocnym DNA, najlepszą baterią na rynku i zaufaniem zawodowych sportowców. Dziś jest globalnym graczem współpracującym z największymi nazwiskami w sporcie, jak np. złoty medalista olimpijski Jakob Ingenrigsten.
Tak samo było z HOKĄ. Kiedy zostaliśmy jednym z pierwszych dystrybutorów w Europie, trudno było przewidzieć, jak potoczy się jej rozwój. W tamtym czasie wiele marek trailowych miało podobny potencjał, ale nie wszystkie przetrwały. Dziś HOKA jest jedną z największych marek biegowych na świecie.
To dlatego wybór nowych brandów jest zawsze połączeniem przemyślanej strategii, analizy potencjału i odrobiny intuicji. Nigdy nie ma gwarancji sukcesu, ale staramy się dostrzegać marki, które mają wyraźną tożsamość, innowacyjny produkt i szansę na długofalowy rozwój.
Chciałabym jeszcze spytać o Waszą działalność poza Polską. Działacie na kilku rynkach zagranicznych i macie biura w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Skąd wziął się pomysł na taką ekspansję i jak dziś wygląda organizacja firmy? Czy Kraków nadal pozostaje centrum zarządzania całym regionem?
Międzynarodowy rozwój był dla mnie czymś naturalnym. Zauważyłem, że skoro sprowadzamy do Polski światowe marki, to możemy z powodzeniem rozwijać je również na innych rynkach Europy Środkowo-Wschodniej. Naszą pierwszą marką rozwijaną regionalnie była Teva. Oprócz Polski otrzymaliśmy dystrybucję na Czechy, Słowację i Węgry, a z czasem także kolejne rynki. To był początek naszej ekspansji.
Od początku zależało nam jednak, aby w krajach poza Polską nie być dystrybutorem tylko z nazwy. W każdym kraju budowaliśmy realne struktury, zatrudnialiśmy lokalne zespoły, otwieraliśmy showroomy i rozwijaliśmy działania sprzedażowe oraz marketingowe. To była wieloletnia inwestycja i konsekwentna praca. Wiedzieliśmy, że sama sprzedaż nie wystarczy. Trzeba być obecnym na rynku, współpracować z partnerami, uczestniczyć w wydarzeniach marketingowych i dobrze rozumieć lokalną specyfikę.
Dziś możemy powiedzieć, że naprawdę działamy regionalnie. W najważniejszych krajach mamy własne zespoły i pracowników posługujących się lokalnymi językami, między innymi czeskim, słowackim, węgierskim, rumuńskim, serbsko-chorwackim i ukraińskim. Kraków pozostaje centrum zarządzania całym regionem, ale nasza obecność na poszczególnych rynkach jest realna i opiera się na lokalnych kompetencjach. Z perspektywy czasu uważam, że była to jedna z najlepszych decyzji w rozwoju firmy.
Wspomniałeś o budowaniu struktur na zagranicznych rynkach. Jestem ciekawa, jakie były największe wyzwania na początku tej ekspansji. Czy były to kwestie związane z różnicami w prowadzeniu biznesu, budowaniem relacji, logistyką, a może czymś zupełnie innym? Co z perspektywy czasu okazało się najtrudniejsze?
Na początku wszystkim zajmowałem się sam. Kiedy otrzymaliśmy od Teva możliwość rozwoju marki poza Polską, po prostu wsiadłem w samochód i odwiedzałem kolejnych partnerów handlowych. Znałem najważniejszych graczy na tych rynkach i od tego zaczęliśmy budować relacje.
Jednym z największych wyzwań było zrozumienie specyfiki poszczególnych krajów. Z zewnątrz Europa Środkowo-Wschodnia często jest postrzegana jako jeden region, ale w rzeczywistości każdy rynek jest inny. Polacy, Czesi, Słowacy, Węgrzy czy Bułgarzy mają inne przyzwyczajenia zakupowe, inne potrzeby i często szukają zupełnie różnych produktów.
Dobrym przykładem jest Teva. W Czechach świetnie sprzedawały się zabudowane sandały, podczas gdy w Polsce zainteresowanie nimi było znacznie mniejsze. Takich różnic było więcej i właśnie ich poznanie było jednym z najciekawszych elementów naszej pracy. Z perspektywy czasu nie nazwałbym tego jednak problemami, lecz pozytywnymi wyzwaniami. Trzeba było uczyć się każdego rynku, słuchać lokalnych partnerów i być otwartym na różnice. Jednocześnie szybko okazało się, że kraje Europy Środkowo-Wschodniej mają też wiele wspólnych doświadczeń i podobny sposób myślenia o biznesie. To bardzo ułatwiało budowanie relacji i rozwijanie współpracy w całym regionie.
Chciałabym teraz przejść do skali Waszej działalności. Jak wygląda zarządzanie tak rozbudowaną siecią dystrybucji i co jest kluczowe, aby wszystko sprawnie funkcjonowało na co dzień?
Jeśli liczyć wszystkie sklepy należące do sieci naszych partnerów, mówimy już o setkach punktów sprzedaży. Samych aktywnych partnerów handlowych mamy dziś ponad 250. Współpracujemy również z dużymi sieciami, takimi jak Hudy czy Rock Point, które obejmują kilkadziesiąt sklepów, więc skala działalności jest naprawdę duża. Na szczęście przez lata zbudowaliśmy sprawdzoną strukturę. Dziś cały nasz zespół liczy blisko 70 osób w regionie, dzięki czemu jesteśmy w stanie skutecznie obsługiwać partnerów i jednocześnie mamy potencjał do dalszego rozwoju.
Dużą rolę odgrywają dobrze zaprojektowane procesy. Coraz więcej z nich automatyzujemy, wykorzystując także rozwiązania AI, aby przyspieszyć obsługę i jeszcze lepiej odpowiadać na potrzeby klientów. Kluczowa jest również logistyka. Dbamy o to, aby dostawy docierały na czas i nieustannie pracujemy nad usprawnieniem tego obszaru.
Najważniejsze jest jednak to, że nie traktujemy naszych procesów jako czegoś skończonego. Cały czas szukamy sposobów, aby działać lepiej, rozwijać organizację i podnosić jakość współpracy z partnerami. Mam nadzieję, że nasi klienci to dostrzegają.
Patrząc z perspektywy ponad 20 lat na rynku, jak oceniasz kierunek, w którym zmierza branża outdoorowa? Jaką rolę odgrywa dziś e-commerce, a jaką sklepy stacjonarne? Czy sprzedaż internetowa będzie nadal zyskiwać na znaczeniu, czy jednak tradycyjne sklepy wciąż pozostaną ważnym elementem budowania relacji z klientami i doświadczenia marki?
W segmencie specjalistycznego outdooru sprzedaż internetowa odpowiada dziś za dużo więcej niż połowę rynku. Nie uwzględniam tu największych sieci, takich jak Decathlon czy Martes, które generują dużą część sprzedaży w sklepach stacjonarnych. Jeśli jednak spojrzymy na marki z wyższej półki i sklepy specjalistyczne, e-commerce zdecydowanie dominuje.
To dość specyficzna sytuacja na tle Europy Środkowo-Wschodniej. W krajach takich jak Czechy czy Węgry sprzedaż stacjonarna nadal odgrywa znacznie większą rolę. Funkcjonuje tam więcej sklepów specjalistycznych, a klienci wciąż chętnie odwiedzają je osobiście.
W Polsce liczba takich sklepów wyraźnie się zmniejszyła. Część z nich zakończyła działalność lub została przejęta. Nadal działają ważni gracze, tacy jak Skalnik czy 8a, rozwijają się także sklepy monobrandowe, między innymi marek należących do Oberalp, a także The North Face czy Columbia. Jednocześnie bardzo mocno urósł kanał online.
Trudno jednoznacznie przewidzieć, jak ten podział będzie wyglądał za kilka lat. Widzę jednak, że coraz więcej marek dostrzega wartość obecności offline i chce mocniej inwestować w sklepy stacjonarne. To właśnie tam można budować doświadczenie marki, zaprezentować produkt i nawiązać bliższą relację z klientem. Dlatego sądzę, że w najbliższych latach rola sprzedaży stacjonarnej może ponownie zacząć rosnąć, choć e-commerce pozostanie niezwykle ważnym kanałem sprzedaży.
Na polskim rynku pojawił się również nowy gracz, Sportano, który już ma znaczący udział w segmencie outdoorowym, choć na razie dysponuje jednym sklepem stacjonarnym w Warszawie. Oprócz tego działa jeszcze kilkanaście mniejszych, tradycyjnych sklepów, które przetrwały, mimo że wiele punktów sprzedaży w ostatnich latach zostało zamkniętych lub zmieniło właściciela.
Co sprawia, że marki outdoorowe ponownie inwestują w kanał offline i jakie znaczenie ma on dla sprzedaży produktów premium?
Wiele wskazuje na to, że w najbliższych latach liczba sklepów stacjonarnych może ponownie zacząć rosnąć. Na rynku pojawiają się nowe sieci i kolejni gracze planują otwieranie własnych punktów sprzedaży. To nie jest przypadek. Jednym z powodów są rosnące koszty pozyskania klienta w internecie. Dziś zdobycie ruchu online jest znacznie droższe niż jeszcze kilka lat temu. W niektórych przypadkach koszty pozyskania sprzedaży online potrafią pochłonąć nawet około 20% wartości sprzedawanego produktu. To ogromne obciążenie dla sprzedawców, a znacząca część tych środków trafia do największych platform technologicznych. Coraz więcej firm zaczyna dostrzegać, że taki model staje się coraz mniej opłacalny.
Dlatego sklepy stacjonarne ponownie zyskują na znaczeniu. Nie są już tylko miejscem sprzedaży, ale również sposobem na budowanie relacji z klientem i pozyskiwanie nowych odbiorców. Szczególnie w segmencie outdoorowym trudno zbudować zaufanie wyłącznie przez internet.
Nasze marki oferują produkty premium, których jakość najlepiej ocenić na żywo. Zdjęcia i filmy nie oddają w pełni tego, jak wygląda materiał, jak produkt jest wykonany czy jak leży na sylwetce. W sklepie klient może dotknąć kurtki, przymierzyć buty i samodzielnie ocenić jakość wykonania. Dzisiejszy sprzęt outdoorowy jest dopracowany na niezwykle wysokim poziomie. Kurtki czy buty techniczne kosztują więcej niż kiedyś, ale są projektowane z myślą o wieloletnim użytkowaniu. To produkty, które mają służyć przez lata, dlatego przed zakupem wielu klientów chce je po prostu zobaczyć i przetestować.
Oczywiście zakupy online pozostaną bardzo ważnym kanałem sprzedaży, zwłaszcza dla osób, które już znają dany produkt lub markę. Jednak w przypadku nowych modeli czy bardziej zaawansowanego sprzętu kontakt z produktem w sklepie stacjonarnym wciąż ma ogromną wartość. Dlatego uważam, że przyszłość rynku będzie opierała się na umiejętnym połączeniu obu kanałów sprzedaży.
Dużo mówisz o doświadczeniu klienta i o tym, że w branży outdoorowej kontakt z produktem nadal ma ogromne znaczenie. Chciałabym więc spojrzeć na to szerzej. Jak zmieniły się strategie sprzedaży i komunikacji w branży outdoorowej? Jakie trendy obserwujesz dziś i co, Twoim zdaniem, będzie miało największe znaczenie w najbliższych latach?
Pomimo tego, co powiedziałem powyżej, że produkty outdoorowe stają się coraz lepsze, to równocześnie mamy do czynienia z coraz większym otwieraniem się marek outdoorowych na segment lifestyle. Jeszcze 20–30 lat temu większość marek skupiała się przede wszystkim na specjalistycznym sprzęcie. Dziś praktycznie każda z nich rozwija kolekcje, które sprawdzają się nie tylko w górach, ale również na co dzień. Coraz większą rolę odgrywa nurt określany jako urban outdoor czy gorpcore. Dobrym przykładem jest HOKA czy Cotopaxi, które oferują dziś bardzo szeroką gamę modeli lifestyle’owych.
Zmienia się również sposób, w jaki ludzie korzystają z outdooru. Mam wrażenie, że coraz mniej osób szuka ekstremalnych wypraw, które często są na granicy życia i śmierci. Jednocześnie rośnie zainteresowanie aktywnością jako elementem codziennego stylu życia. Wspinaczka jest świetnym przykładem. Nadal cieszy się ogromną popularnością, ale coraz częściej odbywa się na ściankach wspinaczkowych i jest traktowana jako forma treningu czy sposób na spędzenie czasu ze znajomymi, a nie przygotowanie do wysokogórskich ekspedycji.
Marki bardzo dobrze odczytują te zmiany. Cotopaxi pozostaje marką outdoorową, ale projektuje produkty, które równie dobrze sprawdzają się podczas podróży, trekkingu i w codziennym użytkowaniu. Jeden plecak ma towarzyszyć użytkownikowi zarówno w samolocie, podczas zwiedzania miasta, jak i na górskim szlaku. Taka uniwersalność staje się dziś ogromną wartością.
Podobną transformację widać w przypadku LOWA. Jeszcze kilkanaście lat temu kojarzyła się głównie z ciężkimi butami trekkingowymi. Dziś jej oferta jest znacznie szersza. Obejmuje lekkie modele hikingowe, buty do trail runningu i niskie obuwie, które odpowiada na potrzeby młodszych użytkowników. Marka zachowała swoje techniczne DNA i wysoką jakość, ale jednocześnie potrafiła dostosować się do zmieniających się oczekiwań rynku.
To właśnie uważam za jeden z najważniejszych trendów w branży outdoorowej. Marki nie odchodzą od jakości i funkcjonalności, ale coraz częściej projektują produkty, które towarzyszą klientowi nie tylko podczas wypraw, lecz także w codziennym życiu.
Z jednej strony outdoor staje się bardziej dostępny i lifestyle’owy, a z drugiej rośnie grupa ludzi podejmujących wyzwania, które jeszcze kilka lat temu wydawały się zarezerwowane dla zawodowych sportowców. Dla marek outdoorowych i sportowych to bardzo ważny sygnał. Muszą jednocześnie odpowiadać na potrzeby osób szukających komfortu i codziennej aktywności, ale także tych, którzy chcą realizować coraz bardziej ambitne sportowe cele.
To, co dzieje się dziś w sportach wytrzymałościowych, jest wręcz niezwykłe. Z jednej strony mam wrażenie, że coraz mniej osób szuka ekstremalnych wypraw w góry czy wspinaczki w najtrudniejszym terenie. Z drugiej strony nigdy wcześniej tak wiele osób nie podejmowało ogromnych wyzwań związanych z wysiłkiem fizycznym. Wystarczy spojrzeć na biegi górskie. Jeszcze kilkanaście lat temu ukończenie maratonu było czymś wyjątkowym. Dziś w środowisku trailowym standardem stają się biegi na 100, 160, a nawet ponad 180 kilometrów. Na takie zawody jak UTMB, gdzie obowiązują kwalifikacje, tysiące zawodników rywalizują na dystansach, które jeszcze niedawno wydawały się niewyobrażalne.
Podobny trend widać w rosnącej popularności Hyroxa czy triathlonu. Coraz więcej osób chce sprawdzić swoje możliwości i przesuwać własne granice. Nie chodzi już tylko o rywalizację z innymi, ale przede wszystkim o pokonywanie samego siebie.
Dużą rolę w budowaniu marki – wizerunku i sprzedaży – odgrywają dziś ambasadorzy. Jak wygląda to w Waszym przypadku?
Na początku kariery to marki często pomagają sportowcom rozwinąć skrzydła, wspierając ich sprzętowo lub finansowo. Z kolei kiedy zawodnik osiąga najwyższy poziom, sytuacja się odwraca. Wtedy to marki rywalizują o współpracę z nim, a on może wybierać spośród wielu propozycji. Dlatego część ambasadorów wyszukujemy sami, starając się dostrzec ich potencjał odpowiednio wcześnie. Zdarza się też, że to sportowcy zgłaszają się do nas, a my oceniamy, czy taka współpraca ma sens i czy pasuje do wartości danej marki.
Dobrym przykładem jest Martyna Młynarczyk. Współpracowaliśmy z nią lokalnie, jeszcze zanim trafiła do globalnego zespołu HOKA. Była wtedy częścią HOKA Garmin Team i wspieraliśmy ją w Polsce. Gdy zaczęła odnosić największe sukcesy, marka globalna naturalnie włączyła ją do swojego międzynarodowego teamu. Zmieniło się przede wszystkim źródło finansowania, bo wcześniej wspierał ją lokalny dystrybutor, a później już sama marka.
Podobnie wyglądało to w przypadku Łukasza Supergana. Współpraca rozpoczęła się z naszej inicjatywy i była rozwijana lokalnie przez nasz zespół. Ambasadorzy odgrywają dziś bardzo ważną rolę. W sporcie wyniki nadal mają ogromne znaczenie, dlatego zawsze staramy się współpracować z osobami, które są autorytetami w swojej dyscyplinie. Tak było kiedyś choćby w przypadku zespołów wspinaczkowych Marmota, gdzie zależało nam na obecności najlepszych wspinaczy.
Jednocześnie nie chodzi wyłącznie o wyniki sportowe. Szukamy ludzi, którzy inspirują innych, mają ciekawą historię i są autentyczni. Mogą to być wybitni zawodnicy, podróżnicy czy osoby realizujące wyjątkowe projekty. Najważniejsze, aby byli wiarygodni i potrafili zachęcać innych do aktywności oraz budować prawdziwą więź z marką.
Na koniec chciałabym zapytać o przyszłość. Jakie są dziś najważniejsze kierunki rozwoju Raven? Czy stawiacie przede wszystkim na kontynuację obecnej strategii i dalszy rozwój na rynkach Europy Środkowo-Wschodniej, czy widzicie przed sobą zupełnie nowe obszary, w które chcecie wejść?
W najbliższych latach naszym priorytetem jest dalsze umacnianie pozycji w segmencie outdoorowym. W pewnym momencie nasze portfolio mocno przesunęło się w stronę biegania oraz marek łączących outdoor z lifestyle’em, takich jak Teva czy Cotopaxi. To marki o szerokim gronie odbiorców, których klienci niekoniecznie wywodzą się ze środowiska outdoorowego. Chcieliśmy jednak ponownie mocniej zaznaczyć swoją obecność w klasycznym outdoorze. Dlatego ogromne znaczenie ma dla nas pozyskanie marek LOWA i ACLIMA. LOWA to jedna z najmocniejszych i najbardziej rozpoznawalnych marek obuwniczych w outdoorze, z ogromnym potencjałem rozwoju. Z kolei ACLIMA to wyjątkowy norweski brand w kategorii Merino, który wyróżnia się wysoką jakością wykonania, produkcją w Europie i bardzo konkurencyjnym stosunkiem jakości do ceny. Wierzę, że może pozytywnie zaskoczyć polskich klientów i stać się jedną z najciekawszych marek w naszym portfolio.
Drugim ważnym kierunkiem jest rozwój marki Blackroll. Wiele osób kojarzy ją wyłącznie z charakterystycznym wałkiem do automasażu, tymczasem marka przeszła dużą transformację. Dziś oferuje kompleksowe rozwiązania wspierające regenerację i przygotowanie do aktywności fizycznej. To kierunek, który doskonale wpisuje się w rosnącą popularność sportów wytrzymałościowych i takich wydarzeń jak Hyrox, którego Blackroll jest oficjalnym partnerem. Właśnie dlatego widzimy w tej marce ogromny potencjał na kolejne lata.
Nasza strategia nie polega więc na rewolucji, ale na konsekwentnym rozwijaniu portfolio o silne, komplementarne marki i dalszym wzmacnianiu pozycji Raven jako jednego z najważniejszych dystrybutorów marek outdoorowych i sportowych w regionie.
Na koniec chciałabym zapytać już bardziej prywatnie. Pracujesz w branży outdoorowej od ponad 20 lat, ale czy ten świat towarzyszy Ci również poza pracą? Jakie są Twoje sportowe i outdoorowe pasje?
Od kilku lat regularnie biegam i to właśnie HOKA w dużej mierze mnie do tego przekonała. Kiedy zacząłem uczestniczyć w spotkaniach i wydarzeniach marki, okazało się, że wszyscy wokół biegają. Pomyślałem więc, że też spróbuję. Z wyjątkiem krótkiej przerwy spowodowanej kontuzją staram się trenować regularnie i dziś jest to sport, któremu poświęcam najwięcej czasu. Wcześniej zawsze najbardziej lubiłem sporty zespołowe, przede wszystkim piłkę nożną i koszykówkę. To dyscypliny, które przez wiele lat były ważną częścią mojego życia. Z czasem jednak obowiązki zawodowe sprawiły, że coraz trudniej było znaleźć czas i zebrać grupę do regularnej gry. Poza sportem ogromną pasją są dla mnie podróże. W ostatnich latach podróżujemy z rodziną naprawdę intensywnie, a każda taka wyprawa jest też okazją do przetestowania produktów z naszego portfolio. Dzięki temu mogę poznawać je nie tylko od strony biznesowej, ale przede wszystkim jako użytkownik, co daje zupełnie inną perspektywę.

Adam Zych, prezes zarządu Raven Sport
Dziękuję za rozmowę!






KOMENTARZE