Fjallraven Classic – relacja

Laponia to kraina, która odurza przestrzenią. Rozległe, zielone doliny, posępne szczyty górskie, skalne urwiska, wartkie rzeki i strumienie – krajobraz, którego w takim wydaniu nie znajdziemy nigdzie indziej. W tej scenerii od 5 lat odbywa się Fjallraven Classic. Kolejna edycja rozpocznie się w dniach 5-8 sierpnia 2011 roku.

Szwecja ma 11 szczytów przekraczających 2 tys. metrów – wszystkie znajdują się w Laponii. Pomiędzy nimi rozciągają się malownicze doliny, tworząc z górami niepowtarzalny i niezwykle różnorodny krajobraz. Z jednej strony odnajdziemy tu wzgórza porośnięte bujną roślinnością, z drugiej pokryte kamieniami płaskowyże i nagie szczyty, ukoronowane lodowcami.

W tej scenerii co roku, na początku sierpnia odbywa się Fjallraven Classic – zorganizowany trekking, w którym w ubiegłym roku udział wzięły 2053 osoby. Na tegoroczną edycję zapisało się 2332 uczestników.

Nie od razu jednak było to tak licznie obsadzone przedsięwzięcie. W pierwszym Fjallraven Classic w 2005 roku maszerowało zaledwie 160 uczestników, ale już rok później 529. W następnych latach liczba ta przekroczyła tysiąc, aby w 2010 roku dobić do ponad 2 tys. trekkerów. Górami Szwecji maszerowali przybysze z 24 krajów, w tym m.in. z Danii, Norwegii, Niemiec, Francji, Kanady, USA, Szwajcarii, Japonii, Chin. Dzięki uprzejmości organizatorów w kilkudniowym trekkingu swoją reprezentację miała także Polska. I trzeba przyznać, że trekking po dalekich górach Szwecji zyskuje u nas na popularności – w Fjallraven Classic 2011 weźmie udział blisko 20 osób z Polski, w tym także zaproszeni przez markę dziennikarze, testerzy i sprzedawcy. Co ich czeka? Jak było w ubiegłym roku? 

Dzień pierwszy 

Nikkaluokta jest małą, górską wioską, położoną w miejscu, gdzie krzyżują się ze sobą trzy doliny. Lud Sami zamieszkuje te tereny od tysięcy lat, jednak pierwszą stałą osadę założono tu dopiero na początku XX wieku. Obecnie w Nikkaluokta przez cały rok mieszka około 20 osób, które głównie zajmują się hodowlą reniferów i turystyką. I to z powodu turystów w wiosce znajdziemy sklep, restaurację, kaplicę, galerię sztuki Sami, oraz możliwość noclegu. W sezonie funkcjonuje regularne połączenie z oddaloną o 70 km Kiruny (największym miastem w tej części Szwecji).

W oczekiwaniu na start (fot. Aneta Żukowska)W oczekiwaniu na start 

W oczekiwaniu na start (fot. Aneta Żukowska)

To właśnie z Nikkaluokta punktualnie o godzinie 9 wystartowaliśmy na Fjallraven Classic. A wraz z nami około 250 osób! Pozostali uczestnicy startowali w kilku grupach na przestrzeni trzech kolejnych dni.

Ostatnie przygotowania (fot. Aneta Żukowska)Ostatnie przygotowania 

Radosny taniec przed startem (fot. Aneta Żukowska)Radosny taniec przed startem 

Tłum obładowany w plecaki, odziany nierzadko w ciężkie, zimowe obuwie, techniczne kurtki, spodnie, stukający kijkami przeciął startową wstęgę i ruszył radośnie przed siebie.

Start Fjallraven Classic (fot. Aneta Żukowska)Start Fjallraven Classic 2010 

Wśród startujących byli zarówno ci, którzy z górami są za pan brat, ja też tacy, którzy buty trekkingowe mieli na swoich nogach po raz pierwszy. Statystycznie 40% uczestników Fjallraven Classic nie ma żadnego trekkingowego doświadczenia. W edycji 2010, najmłodszy uczestnik miał rok i dwa miesiące, najstarszy – 72 lata.

Starsi i młodsi uczestnicy Fjallraven Classic (fot. Aneta Żukowska)Starsi i młodsi uczestnicy Fjallraven Classic 

Część osób wyruszyła na Fjallraven Classic z zamiarem przebycia naszej 112 kilometrowej trasy w dobę (mowa oczywiście o biegaczach; najlepszy czas w ciągu wszystkich 5 edycji – 13,05 h, w tym roku – 13,50 h). Większość, tak jak my, rozłoży sobie trekking na pięć dni, choć cztery też w zupełności wystarczą. Jeszcze przed startem zaopatrzono nas w małe książeczki z kodem, do których mamy zbierać pieczątki w punktach kontrolnych – co potem upoważni nas do odbioru medali. Za przejście trasy w trzy dni przysługuje złoty medal, w cztery dni – srebrny, a w pięć dni – brązowy. Organizatorzy oczywiście podkreślają – to nie jest wyścig!

Na początku mamy szybkie tempo, wszyscy są wypoczęci, zmotywowani. Plecaki, choć często ważące ponad 20 kilo, jeszcze zdają się być w miarę lekkie. Ścieżka jest wąska, prowadzi wśród brzozowych lasów, po błotnistym terenie, przez strumienie, nad którymi wznoszą się metalowe mosty i drewniane kładki.

Ścisk stopniowo maleje, tłum z każdym kilometrem rozrzedza się, każdy idzie swoim tempem. Odległości między ludźmi zwiększają się; po południu chwilami można poczuć się już niemal samotnie.

Po drodze mijamy Lapp-Donalds, gdzie można kupić hamburgery z renifera (mały – 70 koron, duży – 100 koron). Ci, których celem nie jest przejście Fjallraven Classic mogą stąd popłynąć taxi łódką do bazy turystycznej Kebnekaise. My po krótkiej przerwie na batonika ruszamy dalej. Po paru kolejnych kilometrach robimy sobie dłuższy odpoczynek na lunch, na który zjadamy otrzymane od organizatorów liofilizowane jedzenie; w menu np. łosoś z ziemniakami w sosie koperkowym.

Brzozy szybko przechodzą w niską roślinność, aż wreszcie pozostaje sama trawa i kamieniste ścieżki. W oddali widać góry, krajobraz sprawia wrażenie surowego. Około godziny 18 dochodzimy do punktu kontrolnego – Kebnekaise Mountain Station, który oddalony jest od Nikkaluokta o 19 km.

Przez chwilę majaczy w oddali zaśnieżony szczyt Kebnekaise. Ta najwyższa góra Szwecji ma dwa wierzchołki – północny i wyższy południowy. Znajduje się na nim także lodowiec (jego grubość dochodzi do 35 m), dlatego też wysokość Kabnekaise nieustannie ulega zmianie i waha się w granicach kilkunastu metrów (od 2111 do 2017). Sama stacja Kabnekaise przez 100 lat była narodowym centrum alpinizmu. Jeżeli chcemy tu zostać na dłużej, można wybrać się na całodzienną wycieczkę do lodowca Tarfala, podziwiać księżycowy krajobraz doliny Kittelden albo szczyt Toulagorni.

Szczyt Liddopakte nad Doliną Ladtjovagge (fot. Aneta Żukowska)Szczyt Liddopakte nad Doliną Ladtjovagge 

My jednak ruszamy dalej, teraz już w poszukiwaniu miejsca na biwak. Nie musimy się z tym spieszyć. Pomimo tego, że jest już po godzinie 19 niebo jest ciągle jasne. Wreszcie około 20 rozbijamy namioty nad strumieniem. Potem kolacja i szybka lokalizacja ewentualnej toalety. Cóż, prawda jest taka, że te 2 tys. uczestników marszu korzysta z toalety na łonie natury. Podobnie jest z myciem – nie ma żadnego problemu z używaniem szamponu, czy mydła w strumieniach. Oczywiście kąpiel nie należy do rzeczy prostych – woda jest lodowata.

Dzień drugi

Pobudka o 6.30, słońce świeci na całego. Następny cel oddalony jest od nas trochę ponad 10 km, a idziemy w tempie mniej więcej 4 km/h. Wokół nas coraz większe przestrzenie, potężne doliny i góry. Stale towarzyszą nam strumienie i rzeki, które w wielu miejscach przeistaczają się w jeziora. Od dawna nie ma już drzew. Wreszcie dochodzimy do Singistugan, gdzie czeka nas miła niespodzianka. W namiocie Fjallraven Classic dwójka młodych ludzi częstuje kawą, herbatą, serwuje piure z ziemniaków podawane z mięsem renifera i grzybami zawiniętymi w cieście, i wreszcie pysznym ciastkiem z kremem. Po solidnym odpoczynku ruszamy dalej.

Młodzi ludzie częstują kawą, herbatą i szwedzkimi specjałami (fot. Aneta Żukowska)Młodzi ludzie częstują kawą, herbatą i szwedzkimi specjałami 

Odpoczynek po posiłku (fot. Aneta Żukowska)Odpoczynek po posiłku 

Od tego momentu jesteśmy już na Królewskiej Drodze (King’s Trail, po szwedzku Kungsleden), który ma prawie 430 km i ciągnie się od miejscowości Abisko na północy (nasz cel) do Hemavan na południu Laponii. Kungsleden została utworzona w 1890 roku przez Szwedzie Towarzystwo Turystyczne (STF), w celu propagowania i ochrony tego jednego z ostatnich dzikich miejsc w Europie.

Do następnego punktu kontrolnego mamy 12,5 km. Droga nie jest trudna, choć niekiedy trafiają się strome podejścia. Wreszcie dochodzimy do Salkastugan, gdzie helikoptery właśnie dowożą nową dostawę jedzenia. Przed nami jeszcze co najmniej godzina drogi do miejsca, gdzie będziemy mogli założyć biwak.

Do miejsca gdzie będziemy spać dochodzimy po godzinie 19. Jest dosyć tłoczno, z tęsknotą wspominam poprzedni nocleg. Za to widoki mamy imponujące. Zachodzące słońce maluje góry na piękny, pomarańczowy kolor, gdzieś w oddali widać ogromną tęczę. Do tego jesteśmy nad jeziorem, które jest jakby wycięte w dywanie zieleni.

Dzień trzeci

Dzisiaj czeka nas zdobycie najwyżej położonego punktu na King’s Trail – przełęczy Tjaktja (wymawia się „czakcza”, co sprawia trudność większości turystom), założonej na wysokości 1140 m. Przed nami duże wzniesienia i wyboiste drogi. Gdy wreszcie dochodzimy do przełęczy, szczęśliwi podziwiamy widoki, racząc się małą buteleczką Jägermeister’a – to nagroda od organizatorów za udane wejście.

Przed nami kolejne 12 km, więc nie zostajemy zbyt długo. Droga w dół prowadzi przez porośnięte trawą i jagodami zbocza, które pełne są także okazałych grzybów, stanowiących przysmak reniferów. Po paru godzinach dochodzimy wreszcie do kompleksu Alesjaurestugan, który jest położony nad malowniczym jeziorem Alesjaure. Jest tu sklep z jedzeniem, można także kupić kawę, herbatę, uzupełnić zapasy plastrów opatrunkowych.

Dziś rano zniknął telefoniczny zasięg, więc jeśli ktoś musi, może stąd zadzwonić przez telefon satelitarny (40 koron za minutę). Jest tu także sauna, z której swobodnie można korzystać po uzupełnieniu zapasów drewna.

Trekkerzy na tle jeziora Alesjaure (fot. Aneta Żukowska)Trekkerzy na tle jeziora Alesjaure 

Rozbijamy się w tłumie namiotów niedaleko od zabudowań. Z powodu bliskości jeziora towarzyszy nam ogromna ilość komarów i meszek. Są dosłownie wszędzie. Przez chwilę rozważamy, czy nie udać się z samego rana do wioski Sami, położonej na drugim brzegu jeziora. Szybkim tempem, bez plecaków zajęłoby nam to około 45 minut w jedną stronę. Ostatecznie decydujemy się jednak nie podejmować decyzji teraz, zobaczymy na co będziemy mieli ochotę o 5 rano.

Dzień czwarty

Jak można się było domyślać, o 5 rano chcieliśmy przede wszystkim spać. I słusznie, niebo się zachmurzyło i wycieczka byłaby raczej nieudana pod względem widokowym. Dlatego wyruszamy dopiero o 8, zapominając o wiosce Sami.

Droga prowadzi wzdłuż jeziora, między niskimi krzewami, po terenie bardzo błotnistym. Niekiedy trzeba szukać ścieżki i kombinować, żeby nie wpaść po kolona do wody. Niebo stopniowo się przejaśnia, z czasem słońce wychodzi na dobre, gotując nam kolejny upalny dzień. Z każdym kilometrem schodzimy coraz niżej, najpierw zboczem góry Kartinvare po wyboistych kamieniach, potem pojawiają się długo niewidziane brzozy, aż wreszcie wchodzimy w gęsty las.

Po dosyć długim i wyczerpującym etapie czeka nas kolejna niespodzianka. Na małej, zielonej polance ustawiono namioty kolejnego punktu kontrolnego, a w jednym z nich rozdawano naleśniki z bitą śmietaną i kawę. Była to słodka nagroda w scenerii idealnej – przepyszne naleśniki zajadaliśmy leżąc rozłożeni na miękkim runie leśnym, w środku przepięknych gór Szwecji, a nad głowami świeciło nam ciepłe słońce. Dalej miało być już tylko łatwiej.

Wkrótce wchodzimy na teren Abisko National Park, rezerwatu utworzonego w 1909 roku, którego zadaniem jest zachowanie przyrody w stanie nienaruszonym, dla prowadzenia badań naukowych nad fauną i florą.

Do celu pozostało zaledwie 12 km i na dobrą sprawę moglibyśmy dojść tej nocy zdobywając tym samym srebrny medal. Nigdzie nam się jednak nie spieszny, spędzamy miłe popołudnie siedząc na trawie, rozmawiając i popijając 2% piwo z małej puszki za 20 koron.

Dzień piąty i ostatni

Wyruszamy o godzinie 7 rano, droga prowadzi wąską ścieżką w pachnącym, brzozowym lesie, w którym nie można zatrzymać się nawet na chwilę, bo jest się narażonym na atak rojów komarów i meszek. Po około 4 godzinach marszu dochodzimy do mety w Abisko Turiststation. Ludzie, którzy po zakończonym trekkingu siedzą już przy piwku i obiedzie, klaszczą nam i wiwatują, gratulując osiągnięcia celu. Zdejmujemy z ulgą plecaki, po chwili zostaje obliczony czas naszego przejścia (98 godzin i 40 minut), sprawdzanie pieczątek i zostają nam wręczone zaszczytne brązowe medale.

Zmęczeni trekkerzy mogą skorzystać z prysznica, masażu całego ciała lub tylko stóp, jest gdzie spać, jeść i pić. Oglądamy pokaz najnowszej kolekcji marki Fjallraven, klaszczemy innym, którzy docierają na metę. Wieczorem czeka nas jeszcze wielka impreza z okazji 50. urodzin marki Fjallarven – koncerty, śpiewy, szalone tańce, hulanki i swawole do białego rana.

Informacje praktyczne:

Żeby stawić się na Fjallarven Classic najlepiej z Polski polecieć do Sztokholmu, a stamtąd do Kiruny. Pod lotniskiem dla zarejestrowanych trekkerów podstawione są już autobusy, które zawiozą nas prosto do Nikkaluokta. Koszt udziału we Fjallraven Classic to 1600 koron, młodzież płaci 1200 koron, a dzieci 800. W ramach tej opłaty mamy m.in. zagwarantowaną opiekę, transport z i na lotnisko, butle z gazem oraz żywność liofilizowaną. Przed samym startem w Kirunie możemy jeszcze kupić ubrania marki Fjallraven, dodatkową żywność na drogę i niezbędne przedmioty.

Sezon letni w szwedzkich górach trwa od czerwca do października, a zimowy od lutego do maja. W ubiegłym roku mieliśmy ogromne szczęście do pogody – wcale tak jednak być nie musi. Wybierając się Fjallraven Classic trzeba liczyć się ze wszystkimi zjawiskami atmosferycznymi – od ulewnych deszczy, przez silne wiatry, upał, po opady śniegu.

Lista osób biorących udział w kolejnej edycji zostaje zamknięta na koniec roku poprzedzającego. W związku z tym na edycję 2011 niestety już nie można się zapisać. Na edycję 2012 najlepiej zgłaszać się od września do grudnia 2011 roku. Wszystkie informacje dostępne są w języku angielskim na stronie: http://www.fjallraven.com/outdoor_life/fjallraven-classics/fjallraven-classic/registration/

Aneta Żukowska

 

 

 

 

KOMENTARZE

WORDPRESS: 0