HAPSIBANDAR, czyli nasze dzieje w Himalajach

Celem naszej zimowej wyprawy był zjazd z himalajskich szczytów m.in. Afarwat, leżących w Kaszmirskiej części Indii. Teren ten zwany ‘The Line of Control’ jest miejscem walk od 1947 r. między Pakistanem a Indiami. Mimo napiętej sytuacji politycznej odwiedziliśmy to jedno z najlepszych miejsc na świecie do uprawiania freeridu.

Na krawędziNa krawędzi

Dotarliśmy do Gulmarg, czyli miejsca w północnym Kaszmirze przy linii kontroli indyjsko-pakistańskiej, która oddziela od 1947 r. obie walczące strony. Tutaj również żołnierze indyjscy patrolują każdą ulicę. Ich obecność z karabinami, przejeżdżające samochody opancerzone i ciężarówki pełne żołnierzy tworzą niesamowity klimat, który na początku nas zszokował i chyba trochę przeraził. Niecodziennie ląduje się na lotnisku posiadającym tylko jeden pas startowy, który na całej swojej długości jest obstawiony przez żołnierzy, działka, radary i inne cuda. Ulica prowadząca z lotniska to znowu szpaler uzbrojonych, budki strażnicze i zasieki. Dookoła bieda i brud. Zwierzęta wyjadające śmieci i pijące ze ścieków. Niedokończone baraki i namioty biedoty. Po prostu nędza. Jeszcze przepuszczamy transport wojskowy i dojeżdżamy do rogatki przed Himalajami, gdzie rejestrujemy nasz wjazd u komendanta, a przy okazji zmieniamy jeepa. Wjeżdżamy w góry. Metry śniegu dookoła i ten uspokajający chłód… będzie śnieg -:) Na szczęście mamy łańcuchy, więc nie musimy pchać samochodu, jak inni pnący się krętą drogą pod górę. Nasz kierowca z długą czarną brodą i ognikami w oczach jedzie jak szalony.

Jesteśmy w Himalajach
Przed nami Afarwat, piękna góra wymarzona do freerid’u. Jazda po tutejszych graniach i żlebach to coś wspaniałego. Kolejka na 4000 m n.p.m., z których na szczyt jest jeszcze ok. 300 m dzisiaj nie działa. Zbiera się kilka ekip snowboarder’ów i narciarzy z całego świata. Są Nowozelandczycy, Australijczycy, Amerykanie, Rosjanie i my Polacy, wypatrujący komunikatu o włączeniu kolejki. Niestety tego dnia się nie udało. Jesteśmy trochę przybici. Taki kawał drogi i z naszego helliboarding’u bez helikoptera nic nie będzie. Pocieszamy się, że nabierzemy kondycji wchodząc z na szczyt, ale codzienne pokonanie 1300 m deniwelacji terenu na pewno da nam w kość i wpłynie na dużo mniejszą ilość zjazdów. Informacje, że przez ostatnie 2 miesiące kolejka była czynna tylko 10 dni utwierdzają nas w czarnym scenariuszu. Na szczęście następnego dnia po serii wybuchów bomb do wywoływania lawin zapada decyzja: kolejka będzie puszczona! Wszyscy pod kolejką wiwatują, cieszą się jak dzieci, gwiżdżą i klaszczą. Wjeżdżając na górę humory dopisują, a tam już czeka na nasz ślad morze dziewiczego puchu.

Afarwat i baza wojskowaAfarwat i baza wojskowa

Śnieg jest bardzo zróżnicowany, od fantastycznego lekkiego puchu – po którym się płynie, po ciężki, mokry śnieg na nasłonecznionych północno-wschodnich częściach żlebów. Słońce operuje bardzo mocno, a serce waląc jak młot przypomina, że to pierwsze dni na 4300 m n.p.m. Drugie podejście na szczyt tego dnia to już walka z ciężkim oddechem i małą ilością tlenu. Dechy na plecach coraz więcej ważą, a co kilkadziesiąt kroków trzeba się zatrzymać, obejrzeć widoki i wyrównać oddech.

Mozolne podejścieMozolne podejście

Tup Tup TupTup Tup Tup

Temperatura, która na dole wynosiła ok 25 stopni w słońcu nagle spadła poniżej 0, a wiatr jeszcze pogarsza sprawę. Długi odpoczynek przed zjazdem i poszukiwania Sieji rękawiczek, zgubionych gdzieś po drodze. Zjazd znowu w innym śniegu. Wjeżdżamy na nasypane deski śnieżne, które pękają pod nami. Kontrolujemy, co się z nimi dzieje. Jest dobrze, nie schodzą w dół i wyglądają w miarę stabilnie, a uroda żlebu jest niewyobrażalna. Na szczęście nie będziemy musieli zrezygnować z doświadczenia jej piękna. Pieps’y z Himountain włączone, krótkofalówki sprawdzone, kurtki Volcano zapięte, a na czworogłowych i torsach bielizna termiczna Sensora -:) Sponsorzy się spisali i do tego jeszcze te deski Unity tnące puch aż miło. Wjeżdżamy w bardzo szeroką część żlebu, z której mkniemy na gigantyczne pole śnieżne. Całość zabójcza do zjechania na raz, na początku wyjazdu. Praktycznie każdy rodzaj śniegu pod deskami, a piękno zjazdów zjawiskowe. Jeszcze na koniec rzut oka, czy aby ślady odpowiednio mienią się w słońcu i czy wyglądają jak należy.

Model numero unoModel numero uno

Latający NaporLatający Napor

180 Naporka180 Naporka

Przy kolejnym podejściu wypatrzyliśmy zjazd wyjazdu. Ściana z naszej perspektywy prawie pionowa. Piękna góra i bardzo wymagająca. Od razu ustalamy, że będzie naszym wyzwaniem, naszym celem. To będzie dopełnienie świetnego freerid’u. Ciekawe, czy nie wymiękniemy, bo wygląda to imponująco, a do tego nazywa się Shark Fin!

Shark FinShark Fin

Kaszmirczycy
Samo Gulmarg, do którego przyjeżdża wielu turystów z Indii, Malezji i Zjednoczonych Emiratów Arabskich, by zobaczyć pierwszy raz w życiu śnieg, nie jest specjalnie ciekawe. Właściwie wioska nastawiona jest na turystów i tylko oni wraz z obsługującymi hotele, mogą w niej pozostawać po zmroku. Podwójne bramy wjazdowe są zamykane na noc. Wystarczy jednak zjechać kilkanaście kilometrów niżej do Tangmarg, by posmakować życia Kaszmirczyków. Targi, na których można kupić owoce, naprawić buty u siedzącego na małym dywanie szewca czy wybrać kurę z klatki, która za chwilę zostanie dla nas zabita na rosół – to dzień powszedni każdego miasteczka.

Sikh na targuSikh na targu

Codzienne życieCodzienne życie

Wszędzie wzbudzamy bardzo duże zainteresowanie. Tutejsi mieszkańcy są niesamowicie uśmiechnięci, weseli i przyjaźni. Są zupełnym zaprzeczeniem Arabów północnej Afryki czy Hindusów, którzy najchętniej by Cię sprzedali na targu. Często proszą, by ich sfotografować i gdy oglądają siebie na wyświetlaczu aparatu, cieszą się jak dzieci. Przynajmniej nie musimy łapać kadrów z ukrycia. W Baramuli nie mamy nawet sekundy spokoju. Chcieliśmy się wmieszać w tłum, ale wiemy już, że to niemożliwe. Wokół nas zawsze stoi kilkanaście osób. Jak ruszamy, cały pochód rusza za nami. Wyglądamy, jakbyśmy prowadzili procesję. Do tego przyłączają się do nas małe dzieci, więc jest bardzo wesoło.

Cały czas ktoś jest z namiCały czas ktoś jest z nami

Sieja zostaje pierwszym reprezentantem Polski w krykiecie, dzielnie walcząc o nasze dobre imię w pojedynku z podwórkowymi wyjadaczami. Gra na klepisku między starymi drewnianymi domami i wieloma postronnymi obserwatorami przynosi wszystkim wiele śmiechu. Udaje nam się nawet wejść do meczetu, co świadczy jak bardzo są tutaj otwarci ludzie na innych. Mimo biedy w wioskach po drodze, na którą ciężko patrzeć, wszędzie nas wita rząd białych zębów i uśmiechów od ucha do ucha.

Biedne, ale zawsze wesołe dzieciBiedne, ale zawsze wesołe dzieci

W małej wiosce, wracając z Baramuli, nagle okrąża mnie kilkudziesięciu mężczyzn i chłopców. Wszyscy na szczęście bardzo przyjaźni, ale propagandowe hasła o szaleńczych muzułmanach rozsiewane w Europie zawsze zostają w świadomości, więc nerwowo poszukuję reszty ekipy. Kasia zauważa mnie, wychodząc z piekarni i śmieje się ze mnie oraz z mojej słabej liczebnie pozycji. Nikt z nich nie mówi po angielsku poza hello sir. Szukają kontaktu, są bardzo ciekawi i widać, że chcieliby porozmawiać, ale wystarcza im stanie przy nas i patrzenie się. W ten sposób na szczęście też można wiele rzeczy przekazać i się komunikować. Język ludzi szczęśliwych to uśmiech na twarzy i życzliwość, które działają jak esperanto. Robimy sobie wspólne zdjęcie i ruszamy dalej.

Atrakcje
W naszym hoteliku przerwy w dostawie elektryczności zdarzają się kilka razy dziennie, z wodą też jest problem, a myjemy się w wiadrze. Dopiero, gdy dach nie wytrzymuje topniejącego śniegu i nas zalewa, musimy zmienić pokój i mamy do dyspozycji wannę. Na takie luksusy często boso biegające dzieci z pobliskich wiosek nie mogą sobie pozwolić. Niestety teraz nie mamy do dyspozycji bukhari – stojącego na środku pokoju tradycyjnego pieca kaszmirskiego. Jedna z przerw w dostawie prądu dotyka nas podczas wjeżdżania kolejką. Jest to ostatni wjazd tego dnia i kolejka będzie za chwilę zamknięta. W momencie, gdy zatrzymujemy się na kilkanaście minut w wagoniku, wisząc wysoko nad ziemią, zastanawiamy się, czy przypadkiem nie zamknęli wyciągu, zanim wjechaliśmy na górę. Z ich naturalnym luzem są zdolni do wszystkiego, wiec szybko przystosowując się do zaistniałych okoliczności ustalamy z Naporkiem, że za 1000 zł skoczy z wagonu te 8-10 m w dół. Na szczęście ruszamy i takie manewry nie będą potrzebne.

Freeride
W końcu zasmakowaliśmy górskiej przygody. Po nocnych opadach świeżego puchu, Afarwat czekał na nas ośnieżony na nowo. Co najmniej 30 cm nowego śniegu zasypało stare ślady. Umożliwiło to nam eksplorację i zostawienie esów na czystej i niczym niezmąconej tafli puchu w żlebach, na żebrach i gigantycznych polach śnieżnych. Warunki zrobiły się trudne. Wejście na szczyt oznaczało torowanie drogi w głębokim śniegu. Na prowadzeniu Naporek wpadał po uda, gramoląc się z powrotem na bardziej stabilne podłoże i śnieg tylko do łydek. Chmury to zasłaniały nas, to odsłaniały widok na pakistańską część Himalajów.

Na horyzoncie nasz zjazdNa horyzoncie nasz zjazd

W dole kolejna partia gęstych obłoków sunęła doliną. Po osiągnięciu szczytu trawersujemy na drugą stronę góry, skąd zaczniemy niezmącony, wielokilometrowy surfing. Cały czas pod nogami przelatują nam tumany pędzącego śniegu, z jednej strony Afarwat na drugą. Jest bardzo zimno. Robienie zdjęć staje się uciążliwe. Szybko traci się czucie w palcach, które potem ciężko rozgrzać. Jesteśmy podekscytowani, wiedząc, że po takim wejściu zjazd będzie smakował podwójnie. Jest lawiniasto, dlatego starannie wybieramy miejsce zjazdu. Żleb jest przepiękny, szeroki na kilkadziesiąt metrów, a momentami grubo ponad 100. Od czasu do czasu pojawiają się lekkie uskoki nadające jeszcze większej, a niemałej już prędkości. Cały czas mamy się na widoku. Po kolei rzucamy się wygłodniale w puch. Nikt przed nami oczywiście tędy nie jechał. Jest tylko nasz.

Pierwsze śladyPierwsze ślady

Sieja w puchuSieja w puchu

Zjazd jest niesamowity. Bardziej się płynie, niż jedzie. Dookoła powstają kilkumetrowe firany, przysłaniające wejście w kolejny skręt. Puch jest lekki, a jazda w nim to czysta przyjemność. Serce łomocze po kilku minutach jazdy z emocji i pokonywanej szybko różnicy wysokości. Wjeżdżamy w piękny lasek, z drzewami o biało-szarej korze. To paper tree, rdzawe gałązki wyglądają ślicznie w tej masie śniegu i przestrzeni. Drzewa są porozrzucane w dużej odległości między sobą, pięknie komponując się z górą. Wyjeżdżamy w nowym miejscu. Przed nami gęsty las, przez który trzeba mocno lawirować żeby odnaleźć drogę. Padamy zmęczeni w Gulmarg, a jutro wyrypa wyjazdu na SHARK FIN’a!

Koniec
Za nami ostatni dzień jazdy. Zaczęło się od porywistego wiatru, ale za chwilę przywitało nas piękne Słońce. Ostatni zjazd to wisienka na torcie, tak na piękne zakończenie świetnego wyjazdu. Niestety już więcej nie będzie, a góra ma taki potencjał… Jeździliśmy dzisiaj bez Sieji, który po złamaniu żeber dochodził do siebie w łóżku. Była to cena, jaką zapłacił za nasz udany zjazd z Shark fin’a. Cel naszego wyjazdu został zrealizowany. Stroma ściana nam się nie oparła. Wyrypa dała nam nieźle w kość. Najpierw wejście na Afarwat, potem na Shark Fin’a w świeżym śniegu, zjazd i kolejne podejście na Afarwat, tym razem od strony pakistańskiej. Oczywiście tu również przez świeży puch zapadamy się głęboko przy każdym kroku. Do tego Sieja jest coraz słabszy, a ból żeber zaczyna mu bardzo przeszkadzać. W sumie przechodzimy kilka kilometrów o deniwelacji terenu ponad 1000 metrów. Tym bardziej czujemy smak tego, co zrobiliśmy. Zjazd nie okazał się aż tak trudny, na jaki początkowo wyglądał, choć lufa pod nogami była zdecydowanie z tych bardzo dużych i stromych. Teraz możemy spokojnie wrócić do domu. Po drodze do Delhi zatrzymujemy się jeszcze w Srinagarze na jedną noc, którą spędzamy na Dal Lake.

Dal LakeDal Lake

To piękne jezioro otoczone Himalajami, na którym wybudowano tysiące łodzi – pływających domów. W ten sposób poradzili sobie mieszkańcy z zakazem budowania domów. Po prostu przenieśli się na jezioro. Stąd pływają swoimi sikarami – małymi łódeczkami, a dla turystów wodnymi taksówkami, dzieci do szkół, a dorośli do pracy i do miasta. Po zakupy nie muszą się fatygować, bo są również pływające sklepy, targi warzywne, kantory wymiany walut i wszystko inne, co kaszmirskie i co można sprzedać. Nasza łódź jest olbrzymia. Ma 4 sypialnie, każda z łazienką, salonem i jadalnią. W środku jest prześlicznie i noc spędzona na niej to totalny relax! Żałujemy, że nie możemy dłużej tu zostać. Do późna w nocy dyskutujemy z Abdulem, opiekunem łodzi, popijając polski spirytus. Abdul radzi sobie z nim dziarsko, ale kierowca wodnego banku, z którym wcześniej wymieniłem pieniądze, już tak twardy nie był… Baliśmy się, że nie dopłynie do domu swoją łódeczką -:) Kończąc dyskusje o wolności dla Kaszmirczyków, kobietach w Islamie i o ciężkim życiu Abdula, który musiał zrezygnować ze szkoły, by zarobić na rodzinę po śmierci ojca, idziemy spać nad ranem. Tutaj się skończył nasz pobyt w Himalajach. Potem jeszcze kilka dni w przeludnionym, brudnym i upalnym Delhi i jesteśmy w Polsce. Na szczęście jeszcze tu wrócimy… Inshallah

Za udany wyjazdZa udany wyjazd

Podziękowania dla sponsorów:

Magictown

Volcano

Sensor

Himountain

 

Pełna galeria zdjęć i informacje o uczestnikach wyprawy na stronie: www.tripy.cba.pl

Filip Kucharczuk

 

 

 

KOMENTARZE

WORDPRESS: 0