Artur Hajzer (1962–2013) i jego dzieła

– Dla Artura było pięć powodów wyjścia z domu: wyjazd w góry, wyjście do pracy, wizyta u lekarza (uwielbiał się badać i leczyć), spacer z psem oraz trening, czyli przygotowanie do następnej wyprawy. I to koniec. Oczywiście góry i praca były z tych pięciu powodów najważniejsze. Poza nimi, gdyby w ogóle nie musiał wychodzić z domu, to by tego nie robił. Był maksymalnym domatorem – mówi Izabela Hajzer, wdowa po himalaiście. Temu domatorowi udało się zdobyć siedem ośmiotysięczników, w tym jeden zimą, powołać do życia dwie, swojego czasu topowe, marki outdoorowe, stworzyć program Polski Himalaizm Zimowy i być przy tym ojcem i mężem.

Artur Hajzer na szczycie Nanga Parbat w 2010 roku (fot. arch. A. Hajzer)

Artur Hajzer zginął 7 lipca w trakcie odwrotu z Gasherbrumu I, na który wspinał się wraz z Marcinem Kaczkanem. Iza Hajzer przyznała, że każdy z nas znał jakąś twarz Artura. Jedną lub kilka. 51 lat jego życia to jednocześnie różne twarze zarówno himalaizmu, jak i branży outdoorowej – w obu dziedzinach był liderem. Kierownikiem. W obu stworzył dzieła, które przejdą do historii.

Artur-himalaista

Artur Hajzer urodził się 28 czerwca 1962 roku w Zielonej Górze. 14 lat później mierzył się już z tatrzańskimi ścianami w ramach Harcerskiego Klubu Taternickiego. To tutaj zdobył przydomek „Słoń”. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że zawsze był mocno zbudowany. – Całe życie walczył z bardzo dużą skłonnością do tycia. Chudł właściwie tylko wtedy, gdy trenował i nie jadł. Do tego darzył ogromną miłością słodycze. Nie wiem, po kim to miał, być może po ojcu, którego nie poznałam, bo umarł, jak Artur miał 20 lat. Matka jest szczupła – mówi Iza.
„Słoń” szybko zaczyna się wybijać także w Katowickim Klubie Wysokogórskim.

Artur Hajzer oraz Marii Odile i Vincent Fine z Francji, w bazie pod południową ścianą Lhotse, 1985 rok (fot. arch. A. Hajzer)

Jego kariera himalajska łączy się wkrótce z najwybitniejszymi – nastaje „złota era” polskiego himalaizmu. W 1986 roku wraz z Jerzym Kukuczką wchodzą na Manaslu nową drogą, północno-wschodnią ścianą i wschodnią granią.

W 1987 roku z tym samym partnerem dokonują pierwszego zimowego wejścia na Annapurnę. Latem tego samego roku wytyczają nową drogę na zachodniej grani Sziszapangmy. Rok później, także w towarzystwie Kukuczki, wytyczają nową drogę na Annapurnie Wschodniej.

Pod Sziszapangmą, 1987 rok, od lewej: Ryszard Warecki, Janusz Majer, Jerzy Kukuczka, Artur Hajzer (fot. arch. Janusz Majer)

W 1989 Artur był głównym organizatorem akcji ratunkowej po lawinie pod Mount Everest, dzięki której udało się sprowadzić jedynego ocalałego Andrzeja Marciniaka – za tę akcję otrzymał nagrodę „Fair Play” Polskiego Komitetu Olimpijskiego. W latach 80. dwukrotnie otrzymał Złoty Medal „Za Wybitne Osiągnięcia Sportowe”.

Ratownicy z Andrzejem Marciniakiem, w tle północna ściana Mount Everestu, od lewej: Gary Ball, Andrzej Marciniak, Rob Hall, Artur Hajzer, 1989 rok (fot. arch. Artur Hajzer)

Artur trzy razy próbował atakować południową ścianę Lhotse, na której ostatecznie w 1989 roku zginął Jerzy Kukuczka. Tu historia Artura-himalaisty na 15 lat staje się historią Artura-biznesmena.

Więcej o dokonaniach górskich Artura Hajzera przeczytacie we wspomnieniu pióra Janusz Kurczaba – Artur Hajzer (1662-2013).

Artur-biznesmen. Alpinus i HiMountain

Z Januszem Majerem spotykam się w siedzibie firmy Mount. Idąc do gabinetu, rzucam okiem na otwarte drzwi do hali produkcyjnej, gdzie wciąż szyte są ubrania marki HiMountain. W gabinecie Janusza w albumach leżą zdjęcia z wypraw. Obok komputera – podręczniki do nauki języka chińskiego. Na półkach poradniki biznesowe.

Albrecht von Dewitz (po lewej) oraz Artur Hajzer na otwarciu nowej fabryki Alpinusa, 1997 rok, kadr z filmu

– W 1985 roku pojechaliśmy na pierwszą wspólną wyprawę. To była południowa ściana Lhotse – opowiada Janusz. – Artur był najmłodszym uczestnikiem w naszym zespole, wszedł zresztą najwyżej. Od tamtego czasu zżyliśmy się bardzo i zaczęliśmy się przyjaźnić – dodaje. Połączyły ich nie tylko góry, ale także biznes, i to właściwie niemalże przypadkiem.

Jest jesień 1989 roku. Obaj jadą na targi ISPO w Monachium w poszukiwaniu sponsorów dla projektu „14 ośmiotysięczników w jeden rok”. Potrzebny jest milion dolarów.

– Jak zwykle to on wpadł na ten pomysł – mówi Janusz. – Był niezwykle kreatywny, miał do gór podejście bardzo sportowe: musi być cel, wyzwanie musi dotyczyć rzeczy nowej, z żyłką rywalizacji, tak żeby zrobić coś jako pierwszy i tak, żeby można to było medialnie wykorzystać.
Na ISPO odwiedzają stoiska firm, które dotychczas sponsorowały polskie wyprawy Jerzego Kukuczki i Wandy Rutkiewicz. Wreszcie trafiają do Albrechta von Dewitza, założyciela marki Vaude. Po nieudanym projekcie w Rumunii, Vaude poszukiwało firmy, która mogłaby szyć dla nich produkty w Polsce. Artur i Janusz długo się nie wahali. Co prawda nie byli biznesmenami, ale von Dewitz znał ich nazwiska z raportów o himalajskich wyprawach Polaków. Wiedział więc, że mają najważniejszą cechę – są użytkownikami, znają się na produkcie. Vaude dorzuciło otoczenie biznesowe i know how produkcyjne, czyli wiedzę o tym jak szyć, skąd wziąć dostawców, czy jaki park maszynowy założyć. Powstaje firma Alpinus. Biznesu uczą się na bieżąco, mają też jednak już pewne doświadczenia.

– Kluby wysokogórskie były wtedy małymi przedsiębiorstwami, prowadzącymi roboty wysokościowe. Wprawdzie pieniędzy z tych robót nie można było wziąć do kieszeni, trzeba było je przeznaczyć na wyprawy. Te znów także były przedsięwzięciem biznesowym. Po pierwsze trzeba było sobie zarobić na wyprawę, po drugie złotówki były niewymienialne, więc trzeba było kupić jakieś rzeczy na sprzedaż w Polsce i zawieźć je na Daleki Wschód, sprzedać w Nepalu czy w Indiach. Znowu tam coś kupić, przywieźć do Polski i sprzedać. Gdy Jurek Kukuczka miał już sponsorów, musieliśmy też nauczyć się napisać jakiś program, zrobić mini-PR, sprzedać własny projekt. Sama organizacja takiej wyprawy to także znajomość przepisów celnych w danym kraju. Z Arturem organizowaliśmy też wtedy trzy edycje Festiwalu Filmów Górskich w Katowicach – w 1988, 1990 i 1992 roku. Gdy zaczynaliśmy biznes, to Artur działał intuicyjnie, ja skończyłem renomowany kurs doradcy finansowego.

Artur Hajzer na otwarciu nowej fabryki Alpinusa, 1997 rok, kadr z filmu

Firma Alpinus zaczęła więc od produkcji dla Vaude, niedługo później tworzyła już własne produkty, głównie polary. Potem pojawiły się plecaki, szyte także dla Bundeswehry. Produkty Alpinusa właściwie stworzyły profesjonalny rynek outdoorowy w Polsce.
– Od samego początku postawiliśmy na jakość, którą mogliśmy osiągnąć przede wszystkim dzięki ludziom, których zatrudnialiśmy. To byli wysokiej klasy fachowcy, którzy odeszli z bankrutujących spółdzielni odzieżowych. Mieliśmy więc dobrą załogę ze śląską, wysoką kulturą pracy. Porównując ze średnią w podobnych firmach, dobrze też wtedy płaciliśmy – opowiada Janusz.

W Alpinusie swoją karierę zaczynało wiele osób, które teraz mają własny biznes, m.in. Marcin Kwaśniewski, Maciej Kałwak, Rysiek Warecki, Waldemar Jarząbek czy Marek Arcimowicz. Produkty firmy były także za granicą, m.in. do sklepów w Chamonix woził je Marek Raganowicz.
– Marek miał siłę przebicia, zawsze był solistą, nie tylko we wspinaniu, ale i w biznesie. Ładował plecaki i polary Alpinusa do swojego czerwonego Camaro, czy innego wyścigowego auta, włosy miał na brylantynę, nosił garniturek. Dobrze mu to szło – wspomina Majer z uśmiechem.

Firma święciła coraz większe sukcesy. Artur i Janusz szukali więc nowych dróg rozwoju. W 1996 roku tworzyli już nie tylko kolekcję w góry pod marką Alpinus, ale także rowerową i żeglarską – każdą pod inną marką. W teamie sportowców firmy, poza Piotrem Pustelnikiem, Kingą Baranowską i Ryszardem Pawłowskim, byli także m.in. Roman Paszke, Karol Jabłoński, Marek Kamiński i Mateusz Kusznierewicz.
– Artura Hajzera znałem z dwóch stron: jako biznesmena i jako himalaistę – wspomina Piotr Pustelnik. – Jako biznesmena poznałem go w 1996 roku, kiedy to od jesieni współpracowałem z marką Alpinus jako ktoś w rodzaju testera ich eksperymentalnej odzieży himalajskiej. Wcześniej Artur był dla mnie postacią książkową. A teraz spotkałem go wreszcie osobiście: duży pan, chodzący dumnie z cygarem po fabryce.
Janusz Majer zapewnia, że to on palił cygara, Artur za to walczył przez całe życie z papierosami.

– W pewnym momencie, żeby się dalej rozwijać, wzięliśmy fundusz amerykański. Alpinus był już spółką akcyjną, była rada nadzorcza, był też nacisk na szybki rozwój – Janusz opowiada dalsze koleje losu ich firmy. – W okresie koniunktury można go było realizować, jednak problemy przyszły, gdy nastąpiło ogólne schłodzenie rynku, jak to się wtedy mówiło. To się odbiło na Alpinusie. Byliśmy wtedy popularni, banki nas dobrze odbierały, dawały kredyty. Otworzyliśmy trzy własne sklepy w Austrii i to okazało się błędem. To był najtrudniejszy rynek w Europie. Ludzie z Vaude namawiali nas na wejście na rynek niemiecki. Ostatecznie przeinwestowaliśmy i nie dało się tego uratować. Funduszowi już nie zależało, żeby firma istniała, chcieli tylko odzyskać swoje pieniądze, banki miały swoje procedury. Ostatecznie w 2004 roku zbankrutowaliśmy. Do jednego z banków sprzedaliśmy znak handlowy Alpinusa, a za te pieniądze spłaciliśmy długi. Wtedy też zmieniliśmy nazwę firmy z Alpinusa na ADD, żeby się nie kojarzyło.

Markę Alpinus odkupiła z banku firma Euromark Polska, która w ubiegłym roku zbankrutowała. Artur i Janusz założyli za to firmę Mount sp. z o.o. i powołali do życia nową markę – HiMountain, której nazwa jest fonetycznym nawiązaniem do gór wysokich i jednocześnie akronimem ich nazwisk. Albrecht von Dewitz został współudziałowcem. Tak jest zresztą do dziś. Obecnie firma Mount należy do spadkobierców Artura Hajzera, do Janusza Majera i do von Dewitza.

Szwalni marki HiMountain w Świętochłowicach w 2013 roku (fot. arch. Janusz Majer)

– Bankructwo było dla nas dużym stresem, odbiło się to na naszym życiu, na naszym standardzie. Na pewno były to trudne chwile, ale zarówno konstrukcja Artura, jak i moja była taka, że jak upadniesz, trzeba się podnieść – opowiada Janusz. – Utraciliśmy też biznesowe zaufanie, na początku nie tak łatwo było zdobyć finansowanie. Zaczynając ten biznes od nowa, chcieliśmy to zrobić bardziej bezpiecznie. W Alpinusie sklepy działały na zasadzie franczyzy, dawaliśmy towar, a pieniądze do nas nie wracały. To była kolejna z przyczyn upadku. Teraz sklepy są nasze, gotówka jest na ladzie. Nie zadłużamy się za dużo, mamy powolny, ale systematyczny rozwój.

Artur-himalaista raz jeszcze

Przez ten cały czas, od 1989 roku, kiedy powstała firma Alpinus, do 2004 roku, kiedy powstała firma Mount i marka HiMountain, „Słoń” był przede wszystkim biznesmenem. Nie jeździł w góry prawie w ogóle, nie wspinał się. Interesował się za to żaglami i snowboardem.
Wreszcie w 2005 roku, gdy firma Mount osiągnęła stabilizację, wrócił na łono himalaizmu. Pojechał z Piotrem Pustelnikiem na Broad Peak. Powrót okazał się niezbyt fortunny: złamana noga i akcja ratunkowa na wysokości 8000 m n.p.m.

Znak firmowy festiwali katowickich,
rys. Witold Sas-Nowosielski

– W 2005 roku, po przerwie związanej z problemami finansowymi Alpinusa, spotkałem Artura ponownie, tym razem jako himalaistę. Zaproponował mi wspólne zdobycie Broad Peaku – opowiada Piotr Pustelnik. – Byłem wtedy w trakcie zdobywania tej góry po raz kolejny. Przypomniałem sobie Artura sprzed lat – biznesmena, palącego, z lekką nadwagą. Trochę się obawiałem. Artur zaczął jednak trenować, biegać, robił wszystko z gorliwością wracającego do sportu. Skończyło się zapalaniem Achillesa. Zdając sobie sprawę z sytuacji, bałem się o niego. Poznałem jednak wtedy Hajzera zawziętego, zdeterminowanego, który przede wszystkim chce osiągnąć swój cel. Wiedział, że jestem w lepszej dyspozycji fizycznej od niego. Wyszedł w góry, ale był bez szans, a wyszedł, żeby łyknąć wysokości. Pewnie by zaprzeczył. Potrzebował wtedy jednak więcej czasu. Działaliśmy we dwójkę, na dwa światy. Ja – mistyka gór, on – zadaniowo. Najważniejsze było dla niego działanie, wyżej i szybciej. Po zderzeniu tych dwóch światów, też zacząłem inaczej patrzeć na góry. On mnie mobilizował, szturchał. Kto wie, czy ta mieszanka nie dawałaby nam szans na kolejnych wyprawach. Te dwa dni zwożenia go w dół do bazy bardzo nas do siebie zbliżyły. Wiele się kłóciliśmy. On śpiewał, ja krzyczałem na niego. Godziliśmy się, przybijaliśmy piątkę, a on znowu zaczynał śpiewać… Główną cechą Artura była zajadłość w pozytywnym znaczeniu: chciał zawsze zakończyć zadanie. Ja miałem ją pełzającą, on chciał wszystko robić bardzo szybko, gonił czas, który stracił na robieniu biznesu. Wiedział, że fizjologia go ściga. To nie był typ ciepłego, miłego człowieka. Wszystko traktował jak biznes, i ja się do tego przyzwyczaiłem. Zresztą, sam biznes to było jego dziecko, jego życie, był z firmą bardzo związany. Poza tym, był dobrym partnerem, dobrym zawodnikiem.

Iza i Artur Hajzer, Spitsbergen, 2000 rok (fot. Janusz Majer)

Początki powrotu Artura do himalaizmu wspomina też Iza Hajzer: – Akurat byłam wtedy w Niemczech na delegacji z firmy. Stoję w kolejce do kasy i telefon: „Cześć Misiu, wiesz…, może… jakbym troszeczkę nóżkę złamał…” – słyszę w słuchawce. Dzwonił już z bazy. Potem wyjechał na lotnisku na wózku inwalidzkim z nogą w bandażach, spuchniętą jak bania. Miał złamaną strzałkę, problem jednak polegał na tym, że miał także urwane około 80 procent ścięgien w stawie skokowym. W momencie, w którym odpadł, był zaklinowany rakiem w jakiejś szczelinie. Miał potem rekonstrukcję ścięgien do tego stopnia udaną, że ta stopa była silniejsza od drugiej, zdrowej. Sam wypadek mnie nie przestraszył. Wokół Artura zawsze był nimb niezniszczalności – dodaje.

Artur Hajzer na Ama Dablam, 2006 rok (fot. arch. Artur Hajzer)

Podczas wyprawy na Broad Peak Artur nakręcił jeden z wielu swoich filmów, „Czekając na Rosę”. Rosa to pluszowy łoś, maskotka podarowana Arturowi przez syna, Kubę.

– Gdy Kuba miał pięć lat, na jakimś wyjeździe narciarskim kupiliśmy mu pluszowe łosie: Rosę i chłopaka dla niej – opowiada Iza. – Jak to często bywa u takich małych dzieci, wywiązała się potrzeba zbierania tych łosi. Mamy już ich cały kubeł. Łosie miały nadawane imiona. W momencie, w którym Artur pojechał na wyprawę w 2005 roku, dostał całą gromadę łosi od syna, w tym także Rosę. Łosie jeździły z nim na wyprawy przez kilka lat. Teraz Rosa jest z nim pochowana.

Artur Hajzer (po lewej) i Jacek Jawień na Nanga Parbat, Zima 2006-2007 (fot. Darek Załuski)

Powrót do himalaizmu był dla Artur powrotem nie tylko do pasji, ale także do sportu w pełnym tego słowa znaczeniu. Zaczął sumiennie trenować – cztery razy w tygodniu biegał, jeden dzień poświęcał na siłownię, jeden na pływanie. Fascynował się też parametrami takimi jak wydolność tlenowa czy wytrzymałość. Z czasem wśród swoich partnerów wspinaczkowych i podopiecznych w PHZ zyskał nowy pseudonim „Vo2Max”.

Artur-kierownik

13 listopada 2009 roku Artur przesłał do Polskiego Związku Alpinizmu propozycję stworzenia wieloletniego programu „Polski himalaizm zimowy w latach 2010–2015”. W 2010 roku ruszyła machina – pierwsze wywiady w mediach, pierwsze wyprawy.

– Ten pomysł wynika ze mnie. Zaproponowałem kontynuację tradycji w himalaizmie zimowym. Sam jeszcze czuję się na siłach w tej dyscyplinie coś osiągnąć – mówił mi Artur w 2010 roku. – Wiem też, że my, Polacy mamy szansę w himalaizmie zimowym. Niekoniecznie latem w stylu alpejskim, ale tu możemy dużo wygrać. To jest dyscyplina na pograniczu eksploracji, to więcej niż tylko sport. A Polacy zawsze byli w tym dobrzy. Trzeba się zastanowić, czego chcemy, czy himalaistom już dziękujemy i stawiamy im pomnik, czy żyjemy już tylko historią, czy wprost przeciwnie – kontynuujemy tradycję? Czy himalaizm zimowy to jest nasze dobro narodowe? Czy nam już wystarczy to, co wydarzyło się w latach 80. i na tym kończymy? Czy robimy tylko konferencje i szczycimy się polskim himalaizmem na świecie? Czy też walczymy dalej? – pytał retorycznie.

Artur Hajzer (pierwszy z lewej) jako kierownik zimowej wyprawy na Gasherbrum I, 2011–2012; dalej od lewej: Janusz Gołąb, Adam Bielecki i Agnieszka Bielecka (fot. arch. Polski Himalaizm Zimowy)

Walczył przez trzy lata, aż do końca. Trzy lata działalności programu Polski Himalaizm Zimowy to wielkie sukcesy i wielkie tragedie. W ramach programu zorganizowano dziesięć wypraw, licząc zarówno wyjazdy treningowe, jak i te o celach sportowych. Zdobyto po raz pierwszy zimą dwa ośmiotysięczniki: Gasherbrum I i Broad Peak. Trzy ośmiotysięczne szczyty padły w okresie letnio-jesiennym. Zarówno same przygotowania do wypraw, jak ekspedycje odbywały się w zupełnie nowy sposób – na sportowo. Zostały wprowadzone obowiązkowe testy wydolnościowe, profesjonalny trening fizyczny, opieka psychologa sportu, a także szkolenia i warsztaty medyczne przed wyprawami.
– Artur miał niesamowity dar uczenia ludzi i cierpliwość do uczniów. Czy to był windsurfing, czy to był snowboard, czy wytłumaczenie dziecku, co to jest partia, czy wreszcie himalaizm. Lubił uczyć – mówi Iza. – Program PHZ powstał też dlatego, że Artur chciał dać upust tej swojej umiejętności, wskrzesić dokonania z lat 80., wskrzesić mit lodowych wojowników. Był pośrodku, z reguły byli albo młodsi, albo starsi od niego. Zresztą Artur twierdził, że apogeum umiejętności i doświadczenia himalajskiego przypada właśnie po czterdziestce. Wtedy zna się już swój organizm, swoją wydolność, jednocześnie potrzeby tego organizmu, a przy tym powinno się już mieć odpowiednie dokonania górskie. Dostałam parę e-maili od jego podopiecznych, którzy mówili, że stracili jakby ojca, który ich wprowadził w te góry i wszystkiego nauczył.

Program Polski Himalaizm Zimowy to jednak nie tylko wspinaczka, nie tylko przekazywanie doświadczeń i szkolenia, ale także sprzęt, który od momentu powołania programu stał się oczkiem w głowie Artura. Od bielizny po kombinezony, które zresztą były szczytowym osiągnięciem sprzętowym PHZ.

– Artur twierdził, a ja się z nim zgadzam na podstawie mojej wiedzy o rynku, że mamy najlepszy kombinezon zimowy na świecie – zapewnia Iza. – Prace nad nim trwały parę lat, był nieustannie udoskonalany. Kombinezon nie jest szyty u nas, nie mamy profesjonalnych pomieszczeń do wypełniania ubioru puchem. Jest tworzony w Chinach, a wypełniony jest najlepszym polskim puchem gęsim, z Animexu. Materiał to wodoodporna, najlepiej oddychająca na świecie tkanina marki eVent. Naprawdę zdał egzamin. Adam Bielecki na Broad Peaku miał nawet jeszcze nowszą wersję wypełnioną puchem hydrofobowym.

W 2010 roku na szczycie Nanga Parbat stanęli najpierw Artur Hajzer i Robert Szymczak, a potem w samotnym ataku Marcin Kaczkan. W 2011 roku Makalu zdobyli Artur, Adam Bielecki i Tomasz Wolfart. 9 marca 2012 roku Adam Bielecki i Janusz Gołąb zdobyli po raz pierwszy zimą Gasherbrum I. Latem Adam Bielecki zdobył K2. W tym samym roku Artur został odznaczony przez Prezydenta RP Złotym Krzyżem Zasługi „za wkład w rozwój i popularyzację polskiego himalaizmu”. Wreszcie 5 marca 2013 roku Maciej Berbeka, Adam Bielecki, Tomasz Kowalski i Artur Małek po raz pierwszy zdobyli zimą Broad Peak. Zejście ze szczytu zakończyło się tragedią – zginęli Maciek Berbeka i Tomasz Kowalski.

Ta historia wciąż się toczy, niedawno ukazał się raport PZA przygotowany przez Komisję ds. badania okoliczności i przyczyn wypadku na zimowej wyprawie na Broad Peak. Nie ma co kryć, że pierwsze tygodnie po wyprawie były medialnym atakiem na jej uczestników, którzy szczęśliwie wrócili do domu oraz na Artura Hajzera. Jak potwierdzają Iza i Janusz, Artur bardzo przeżywał to, co się wydarzyło.
– Z tego co ja wiem, program PHZ był chwilowo zawieszony. Artur zastanawiał się nawet, czy go nie zamknąć, ale różne rzeczy się mówi w obliczu ekstremalnych zdarzeń i emocji. Nie sądzę, żeby to mówił na serio. On to wszystko bardzo przeżywał, był właściwie w jądrze wydarzeń związanych z Broad Peakiem. Dlatego pojechał na wyprawę na Gasherbrumy. Chciał odpocząć – mówi Iza.

Co będzie teraz z programem PHZ? Na to pytanie wciąż jeszcze nikt nie zna precyzyjnej odpowiedzi. – Nie widzę tego jeszcze organizacyjne, konkretnych nazwisk – mówi Janusz. – Uważam jednak, że Polacy mają tyle doświadczeń w himalaizmie zimowym, które zostały zebrane w okresie prowadzenia programu, że to nie może zostać zaprzepaszczone. To trzeba dobrze wykorzystać, zarówno te dobre doświadczenia, jak i te złe. Moim zdaniem unifikacją należałoby objąć nie tylko tych ludzi, którzy się zgłaszają z zewnątrz, ale spróbować namówić tych, którzy się dobrze wspinają na niższych górach. Tak, żeby organizować także wyprawy na nowe drogi na siedmio- i ośmiotysięcznikach, ale takie, za które można dostać Złoty Czekan. Teraz ruch właściwie należy do komisji wypraw wysokogórskich w PZA.

Artur – mąż i ojciec

Iza i Artur poznali się w 1992 roku, kiedy to Iza, absolwentka geografii ze specjalnością hydrologia, zaczęła pracować w Alpinusie na stanowisku sekretarki. Długo na nim nie została. Gdy tylko okazało się, że bardzo dobrze zna język angielski i jest biegła w obsłudze komputera, zajęła się koordynowaniem produkcji dla Vaude. Teraz jest project managerem odpowiedzialnym za krajową produkcję technicznej kolekcji HiMountain.

Po rodzinnym trekkingu w dolinie Khumbu, od lewej: Anita i Marek Skwara, Iza i Artur Hajzer, Bogna i Agnieszka Skwara, Janusz Majer, Robert Szymczak, Kathmandu 2008 (fot. arch. Iza Hajzer)

– Produkując dla Vaude, dużo się wtedy nauczyliśmy dla siebie, to była wiedza, której trzeba by szukać, a my ją mieliśmy na miejscu – wspomina początki w firmie Alpinus. Trzy lata po przyjściu do firmy Iza i Artur zaczęli być parą, by 1997 roku stać się małżeństwem. – W momencie, w którym postanowiliśmy być razem, urodził się Kuba i wzięliśmy ślub, Artur był byłym himalaistą. Ja pół żartem, pół serio mówię, że mnie oszukał. Nie było wtedy mowy o powrocie w góry. Wtedy był biznes, lata 90., okres niesamowitego rozwoju Alpinusa. Był w to całkowicie zaangażowany. Poza tym miał dzieci, żagle, snowboard. Mąż miał taką cechę, że jak już w coś wchodził, to maksymalnie. Cokolwiek by to nie było, począwszy od podstawowych potrzeb typu spanie, jedzenie, po oddawanie się jakiejś pasji. Gdy jechał w góry, to wtedy były one najważniejsze. Wtedy mieliśmy taką niepisaną umowę, że nie zawracam mu głowy tym, co się dzieje w domu. Ale gdy już był w domu, to całkowicie. Dla Artura było pięć powodów wyjścia z domu: wyjazd w góry, wyjście do pracy, wizyta u lekarza (uwielbiał się badać i leczyć), spacer z psem oraz trening, czyli przygotowanie do następnej wyprawy. I to koniec. Oczywiście góry i praca były z tych pięciu powodów najważniejsze. Poza nimi, gdyby w ogóle nie musiał wychodzić z domu, to by tego nie robił. Był maksymalnym domatorem. Nie wchodziło w grę żadne wyciagnięcie go do kina, do znajomych. Siedzimy w domu, ale nie jesteśmy do siebie przyklejeni, każde robi to, co chce. Z kolei w pracy mieliśmy niepisaną umowę, że nie mieszamy domu do pracy i pracy do domu. To były dwa tematy nie zazębiające się. I całkiem dobrze nam to wychodziło.

Iza i Artur pod czortenem w Chukhung, 2008 rok (fot. arch. Iza Hajzer)

Żaden z synów Artura nie wspina się, ojciec nie ciągnął ich na siłę w góry. Każdy z nich był jednak przynajmniej raz w Nepalu, który Artur uważał – zaraz po Polsce – za najpiękniejszy kraj na świecie. Umiał już nawet dogadać się po nepalsku z taksówkarzami czy w restauracji. – Nawet kiedyś wymyśliłam dla niego sposób na życie na emeryturze – mówi Iza. – Uznałam, że powinien zostać ambasadorem w Nepalu.

***

Artur Hajzer nie zostanie ambasadorem w Nepalu. Zostanie za to na zawsze wybitnym himalaistą, współtwórcą dwóch czołowych marek outdoorowych – Alpinusa i HiMountain, ojcem-założycielem programu PHZ, który tchnął nowego ducha w polski himalaizm zimowy, a także autorem dwóch książek: „Atak Rozpaczy” i „Korona Ziemi – Nieporadnik Zdobywcy”. A przede wszystkim pozostanie człowiekiem niezastąpionym.

Aneta Żukowska

KOMENTARZE

WORDPRESS: 0